O mnie

   Zostałem fotoreporterem tuż po studiach (socjologia, UW), jeszcze za czasów Gomułki. Jako zaawansowany fotoamator miewałem kontakty z zawodowcami z tej dziedziny, a ich niezależność i samodzielność imponowała mi bardzo. Jedyną znaną wówczas formą zatrudnienia był etat, zupełnie odwrotnie niż teraz, kiedy fotoreporter funkcjonuje prawie zawsze na warunkach tzw. „samozatrudnienia.” Udało mi się przepracować 27 lat stale w tej samej instytucji, która najpierw nazywała się „Wydawnictwo Polonia”, potem „Agencja Interpress”, aż wreszcie niedługo po 1989 roku zmieniła całkowicie profil i zaniechała działalności prasowej.

   Zanim to się stało starałem się zasilać swoimi zdjęciami wewnętrzne wydawnictwo Agencji. W 1980 roku, niedługo przed Sierpniem ukazała się moja pierwsza książka „Polska na co dzień” - z tekstem Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego. Album wydano w 6-ciu wersjach językowych i w gigantycznym jak na dzisiejsze czasy nakładzie 80 000 egzemplarzy. Zaproponowałem ukazanie rzetelnego obrazu życia w PRL-u, który by zanegował zagraniczne stereotypy o niedźwiedziach na ulicach polskich miast. Później potraktowałem serio własne założenie, i umieściłem m.in. kilka wątków dotyczących Kościoła i spraw życia religijnego. Zestawiłem np. na sąsiednich stronach tą samą parę, która bierze najpierw ślub cywilny, a potem kościelny, było też zdjęcie z procesji na Boże Ciało, a przygodni ludzie mieli na szyjach medaliki z krzyżem.

   Trudno w to teraz uwierzyć, ale książka poszła do druku bez cenzury, pewnie dlatego, że ktoś ważny nie oglądając zdjęć (a były to  niewygodne do analizy małe diapozytywy ) zaproponował ją jako gratisowy załącznik do teczek dla delegatów na Zjazd PZPR. Kolejne instancje widocznie zakładały, że album „na Zjazd” z definicji musi zawierać wyłącznie prawomyślne treści. Jednak nie zawierał, delegaci nie dostali książki, a cały 10-tysięczny nakład w języku rosyjskim prosto z drukarni pojechał na przemiał.

   W dziedzinie technologii fotograficznej była to zupełnie inna epoka, fotografia barwna do celów publikacji musiała być wykonywana wyłącznie na diapozytywach, i to co najmniej średnioformatowych, a te były często bezpowrotnie niszczone w procesie druku przez beztroskich „towarzyszy sztuki drukarskiej”. Ponadto początkowo przyjęło się, ze nabywca kupował fotografię wraz z nośnikiem, czyli celuloidem, na którym była wykonana. Płacił relatywnie dużo więcej niż teraz, ale autor tracił swoje dzieło na zawsze. Z Polski na co dzień udało mi się cudem odzyskać zaledwie kilkanaście zdjęć.

    Pracowałem więc w prasie, czyli w propagandzie, jednak surowe oko Wydziału Prasy KC PZPR rzadko doglądało pracy fotoreporterów. Władza ludowa nie interesowała się fotoreporterami, lekceważyła ich pracę, i przez ten cały okres udało mi się ograniczyć uczestnictwo w życiu politycznym PRL-u do członkostwa w ściśle zawodowych instytucjach jak Związek Polskich Artystów Fotografików, czy ZAiKS.

   Po kilku latach zapomniano o skandalu z „Polską na co dzień”, i wtedy wydałem „Warszawę”, też w wielu wersjach językowych i wielkim nakładzie, a następnie przygotowałem do wydania obszerny album „Polska”, już bez drażliwych wątków, głównie o architekturze, zabytkach i krajobrazie. Wtedy jednak - na początku okresu gospodarki rynkowej - Interpress już dogorywał, i sprzedano prywatnemu wydawcy cały gotowy materiał, łącznie z tekstem wybitnego pisarza, opracowaniem graficznym i tym nieszczęsnym celuloidem, na którym były moje zdjęcia. Wydawca ów, kupiwszy gotową książkę za znikomy ułamek rzeczywistych kosztów powstania zdjęć, skwapliwie wykorzystał okazję, i w ciągu następnych kilku lat wydał aż czternaście 5-cio tysięcznych nakładów.

   Po okresie Interpressu wydałem jeszcze sześć innych albumów, głównie w Wydawnictwie Artystycznym i Filmowym. Była to m.in. całkowicie nowa wersja „POLSKI ”, i kilka pozycji dotyczących Warszawy. Ostatnio moje najstarsze zdjęcia wydał BOSZ w albumie „Fotografie z PRL-u” z tekstem Macieja Rybińskiego. I takie stare zdjęcia tutaj pokazane wydają mi się najciekawsze, patrząc z perspektywy upływającego czasu.

                                                                                      Jan Morek

Dodatkowe informacje